sobota, 12 kwietnia 2014

Epilog

http://www.youtube.com/watch?v=1MwLpGIBFhY
~ rok później~

- Cudnie wyglądasz! Jesteś najpiękniejszą panną młodą w historii Londynu! - Abbie uśmiechnęła się od ucha do ucha i objęła mnie w talii mocno przytulając.
Znacie to uczucie gdy radość jest tak ogromna, że nie możecie przestać się śmiać? Właśnie tak się teraz czułam. Ja, Cassie Williams, za równe trzydzieści minut wychodzę za mąż. Tak, biorę ślub. Natomiast moim mężem będzie nikt inny jak Louis Tomlinson. Za pół godziny połączy nas przysięga małżeńska, zgodnie, z która będziemy żyć w zdrowiu, w miłości i w szczęściu. Na zawsze, razem.
Stałam przed dużym lustrem odziana w białą, długą suknię, ozdobioną małymi różyczkami na samym dole. Moje kasztanowe włosy związane były w koka i przykryte odpowiedniej długości welonem. Wyglądałam jak księżniczka z któreś z bajek Disneya. 
Kiedy rok temu, Louis oświadczył mi się, wiedziałam, że moment, w którym go poznałam był tą magiczną chwilą, która zmieniła całe moje życie. 
Przymknęłam na chwilę oczy i cofnęłam się w pamięci do tamtej nocy.

Stawiałam kolejne kroki po nierównej jezdni, spuściłam wzrok na dół i wpatrywałam się w swoje znoszone, białe Conversy. Droga była oświetlana przez kilka lamp oddalonych od siebie o ...zdecydowanie za dużo metrów. Telefon w tylnej kieszeni spodni wydał z siebie charakterystyczny dźwięk. Spojrzałam na wyświetlacz - Abbie. Dobra  z niej kumpela, ale teraz, teraz nie mam ochoty z nią rozmawiać. Godzina była późna, normalnie osoby w moim wieku są już w domach i uczą się do klasówek, w końcu jutro jest normalny dzień tygodnia. Gęsia skórka przykryła moje ciało, nic dziwnego, jest wrzesień, a ja mam na sobie zwykłe, fioletowy sweter. Energicznie potarłam ramiona, jednak nie dało to większych rezultatów. Do moich uszu dotarł dźwięk silnika. Uniosłam do góry głowę, a mój wzrok spoczął na samochodzie, jadącym wprost na mnie. Strach sparaliżował moje ciało, nie mogłam wykonać żadnego gestu. Na ucieczkę było już za późno, to koniec, zginę. Przymknęłam oczy i czekałam na wyrok śmierci. Po chwili poczułam silne uderzenie i przeturlałam się po masce, a następnie dachu auta . Bezwładnie opadłam a zimny grunt i wstrzymałam oddech.

- Louis zachował się wtedy jak dupek. 
- Totalny palant! I ten jego tekst "nie chcę, żeby ktoś dowiedział się o wypadku"
- Haha.. kto by pomyślał, że już rok później będę z nim stała na ślubnym kobiercu.
- Ja na pewno nie! Jeszcze do niedawna miałam skrytą nadzieję, że się rozstaniecie! - odwróciłam się gwałtownie i uderzyłam ją w ramię. 
Kiedy obie wybuchnęłyśmy śmiechem, drzwi do pokoju otworzyły się.
- Puk puk - nie mogłam uwierzyć. Ciemnowłosy chłopak, o pięknych oczach, w  których niegdyś mogłam odpływać na godziny, stał przede mną z nieśmiałym uśmiechem. Jego ciało przykrywał dopasowany garnitur. Nate.
- Część. - wyszeptałam nie wiedząc do końca jak powinnam się zachować.
- Spokojnie. Nie przyszedłem tu by robić jakąś awanturę, chciałem cię po prostu zobaczyć i pogratulować. - uśmiechnął się i wyciągnął ręce, bez wahania wtuliłam się w jego ciepły tors i przymknęłam powieki. Ostatni raz zaciągnęłam się jego zapachem. - Chociaż muszę przyznać, że kiedyś miałem nadzieję, że to ja będę twoim panem młodym.
- Ty wiesz, że ja też. - zachichotałam i poprawiłam mu muszkę, która lekko się zagięła. - Zostaniesz na weselu?
- Jeśli tylko sobie tego życzysz.  
Odwróciłam się do niego plecami i raz jeszcze przejrzałam w lustrze, gładząc materiał białej kreacji.
- Wychodzę za mąż! - krzyknęłam jakby dopiero teraz to do mnie dotarło. 
Cały pokój wypełnił się śmiechami i okrzykami radości.
- Abbie, gdzie twoja para? - spytał nagle Nate unosząc przy tym do góry lewą brew. 
- Gdzieś się kręci, Cass, widziałaś Zayna? - zapytałą blondynka.
- Nie, ale skoro już o tym mówimy, dalej nie mogę zrozumieć jakim cudem idziecie razem. 
- Tyle razy to powtarzałam! Postanowiliśmy dobrać się w parę jako dwoje świadków! 
~Louis~
Usiadłem na wygodnym, skórzanym krześle i z rozbawieniem w oczach obserwowałem zestresowaną bardziej niż ja Camilię. Czerwonowłosa kręciła się w te i wewte po pokoju trzymając na rękach swoją kilku miesięczną córkę. Razem z Derekiem nazwali ją Dallas. Czy to nie zabawne imię?
- Jak możesz być taki wyluzowany?! Czy ty nie rozumiesz jak ważny jest ten dzień! Do tej pory się dziwie, że taka zajebista dziewczyna jak Cassie cię zechciała! Za pół godziny bierzesz ślub do jasnej cholery, a nawet jeszcze się nie ubrałeś! 
- Spokojnie, bo Dallas zacznie się zastanawiać nad rodziną zastępczą. 
- Totalny dupek! - krzyknęła i w mgnieniu oka stałą się czerwona niczym burak.
Pamiętam jak się poznaliśmy. Byłem małym chłopcem z rodzicami alkoholikami, jedyną osobą, z którą trzymałem był Zayn. Mulat w podobnie sytuacji do mojej. Camilia siedziała sama na placu zabaw, jako jedyna dziewczynka bawiła się zabawkowym samochodem, a nie lalkami. Od razu mnie zainteresowała, wiedziałem, że mamy ze sobą dużo wspólnego. Nasza przyjaźń przetrwała, aż po wsze czasy. 
- Kochanie daj spokój. - Derek wstąpił w mojej obronie. Rozbawienie błyszczało w jego tęczówkach.
- Obaj jesteście po równych pieniądzach, czemu ja się z wami zadaje?!
- Bo nas kochasz - rzekliśmy jednogłośnie.  
- Nie wytrzymam, chodź Dallas, znajdziemy sobie lepsze towarzystwo. Na przykład ciocia Cassie. - trzasnęła drzwiami, a my w końcu odetchnęliśmy z ulgą. 
- Trzeba się ubrać.
~*~

Stałem przy ołtarzu, organy wygrywały wszystkim znaną melodię, którą z nerwów zacząłem nucić. Wyprostowałem plecy i rzuciłem krótkie spojrzenie Zaynowi kiedy drzwi do kościoła otworzył się, a do sali weszła Cassie. Jej długa sukienka ciągnęła się po ziemi, tuż za nią kroku dotrzymywały jej Camilia i Abbie. Miały na sobie taki same, turkusowe suknie. Uśmiechnąłem się słabo, a serce płonęło .. z dumy, z miłości i ze szczęścia. 
Gdy stanęliśmy naprzeciw siebie i powoli powtarzaliśmy słowa przysięgi, wiedziałem, że to ta jedyna. Patrzyłem prosto w jej brązowe tęczówki, a ona w moje. 
- Możecie się pocałować. - polecił ksiądz, a my złączyliśmy nasze rozgrzane wargi. 
I właśnie wtedy przypomniałem sobie nasz pierwszy pocałunek. 

  - Chryste Louis ty się pobiłeś! Z jego wargi powoli płynęła strużka krwi, miał kompletnie rozcięty łuk brwiowy i dłonie całe w bordowej cieczy, która zapewne nie należy do niego.
- Nic mi nie jest. - spojrzałam ze smutkiem na jego twarz.
- Trzeba cię opatrzyć - wycedziłam i pociągnęłam go na górę. Miałam lekkie wyrzuty sumienia, w końcu to przeze mnie jest ranny. Boże ... a co jeśli on kogoś zabił? Przecież on jest nieobliczalny, tym bardziej kiedy coś go zdenerwuje. Przełknęłam ogromną gulę w gardle i obandażowałam mu kostki oraz odkaziłam rany na twarzy.  Pocierałam wacikiem nasączonym wodą utlenioną rozciętą wargę zastanawiając się dlaczego do tego doszło. Co jest między Tomlinsonem i tamtym facetem.
- Już wystarczy, nic mi nie będzie - dodał odpychając moją dłoń.
- Nie zachowuj się jak dziecko! - odpowiedziała z pretensją i zerknęłam  na niego. Nasze spojrzenia spotkały się, a serce zabiło mocniej. Bez większego namysły wpiłam się w jego różowe usta. Zapewne sprawiło mu to ból, jednak wtedy nic się nie liczyło. Chłopak oddał pocałunek, jednak wolał przejąć kontrole. Jego język badał wnętrze mojej jamy ustnej. Dla nas czas się zatrzymał.

 Oderwaliśmy się od siebie, a dookoła rozniosły się oklaski i wiwaty. Uśmiechnąłem się szeroko i uniosłem Cassie nad ziemią, kładąc ją sobie na rękach, przeniosłem ją przez próg.
- Kocham cię. - wycedziłem nagle.
- Ja ciebie też kocham. 
______________________________________________
Cześć, moi mili :3
Otóż oto on - epilog. Ostatnie notka tego opowiadania.
Podczas pisania epilogu płakałam i uśmiechałam się jednocześnie.
Kilka słów ode mnie: Chcę powiedzieć, że czas, w którym pisałam kolejne rozdziały na tym blogu był wspaniały i na pewno go nie zapomnę. 
Także wy - moi czytelnicy, zaszyjecie się w moją pamięć. 
Mam nadzieję, że to nie jest nasze rozstanie i będziecie przy mnie wiernie trwać na innych blogach :)
Chciałabym, żebyście pod tym postem napisali - waszą ulubioną scenę spośród całego opiwadania. 

Kocham was moje skarby <3 Zapraszam na inne moje wypociny :D

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Rozdział 30

Proszę przeczytać notkę od autorki pod rozdziałem :)
Ostatni rozdział opowiadania Strange.


https://www.youtube.com/watch?v=_ozPfJTtAv0



Był wczesny ranek. Promienie słoneczne przedzierały się przez luki w zasłonach i podrażniały moje zaspane oczy. Tak bardzo nie chciałam wstawać, ale mój organizm nie potrafił usnąć po wcześniejszym obudzeniu się. Kolejny aspekt życia, którego nienawidziłam. 
Ramię Louisa obejmowało mnie w talii, byłam mocno przyciśnięta do jego torsu, przez co słyszałam każde bicie serca mojego mężczyzny. Ten dźwięk uspokajał mnie, jak nic innego. Kochałam to - zasypiać i budzić się obok niego.
 Kiedy tak rozmyślałam, Tomlinson złożył delikatny pocałunek na mojej szyj i wywołał tym samym lawinę dreszczy. Och Boże, jak ja to uwielbiam.
- Wiem, że nie śpisz. - szepnął - Wszystko okej?
- Tak. - zachichotałam. - Jak ci się spało? 
- "Spało" to pojęcie względne w tym przypadku.
No tak. Wspomnienia poprzedniej nocy powróciły i automatycznie oblałam się rumieńcem. Dlaczego on zawsze mnie tak onieśmiela?!
- Przestań - warknęłam. - Lepiej wstańmy, mam nieziemską ochotę na naleśniki. 
Nie było to prawdą, szczerze, w ogóle nie byłam głodna, ale musiałam jakoś zmienić temat. Nie mogłam dopuścić do większego zarumienienia się.
Szybkim ruchem zrzuciłam z siebie kołdrę, postawiłam gołe stopy na podłodze i doczłapałam do drzwi. Miałam na sobie bieliznę z poprzedniej nocy i luźny t-shirt. Może nie wyglądałam jak Heidi Klum lub modelka Victoria's Secret, ale kogo to obchodzi? Jest ranek do jasnej cholery! Ignorowałam ciekawski wzrok Louisa, który nie odstępował mnie na krok, chłopak podłożył sobie ręce pod głowę, przez co wszystkie mięśnie się napięły. O dobry Boże. 
- Ja.. - zająkałam się. - Idę na dół.
Zamknęłam za sobą drzwi i zbiegłam ze schodów. Dzisiejszy dzień zapowiadał się na bardzo udany, pogoda dopisywała, słońce świeciło, ciemne chmury zniknęły, a wiatr był lżejszy niż wczoraj. Czy to znak od Boga? Louis powiadomił mnie, że po śniadaniu gdzieś jedziemy, po wczorajszej niespodziance, jaką było spotkanie z Camilią, spodziewam się czegoś szczególnego. Może jakaś romantyczna kolacja? Naprawdę chciałabym spędzić czas z moim chłopakiem, a dobre jedzenie, wino i świeczki tylko by to uzupełniły. Na myśl przyszła mi nowo otworzona restauracja w centrum Londynu, Abbie opowiadała mi, że mają tam całkiem niezłe, włoskie żarcie. Zaproponuję to.
- No cześć.. - pisnęłam przerażona. 
Zayn.
Odezwał się zalotnym głosem, który aż kipiał rozbawieniem. Cholera.
- Cześć Zayn. - wysiliłam się na grzeczny uśmiech i najdyskretniej, jak umiałam naciągnęłam materiał bluzki na nagie uda. 
- Ładnie wyglądasz, wiesz, im mniej tym weselej. 
Tak, to pewne, że byłam już cała czerwona. 
- Żartuję! - usprawiedliwił się unosząc dłonie w obronnym geście. Oboje się zaśmialiśmy. 
- Dawno cię nie widziałam.
Nim się zorientowałam, Malik zamknął moje ciało w mocnym uścisku. Odwzajemniłam gest.
- Jezu, ale jestem głodna. - jęknęłam. - Jest coś? 
- Sprawdź w lodówce.- pokiwałam głową.
Wyminęłam chłopaka i poszłam za jego radą. 

~Louis~

- Najadłaś się? 
Widząc, jak potakuje, chwyciłem kluczyki z komody.
- Szybko, ubierz się, a ja poczekam w aucie.
Dziewczyna pobiegła na górę, odepchnąłem się od ściany i usiadłem na fotelu, tuż obok Zayna. Jak zwykle był nieogolony i ubrany na czarno.
- Jesteś pewien? - zapytał niespodziewanie. 
Czy byłem pewien? Ta decyzja będzie wyrokiem na resztę mojego życia. Już nigdy nie będzie tak samo... 
- Nigdy nie możesz być czegoś w stu procentach pewien. - rzekłem wymijająco.
- To jest zbyt ważna sprawa, żeby się wahać. - czyżby się zirytował? - Cassie to super dziewczyna i chce, żeby wam się udało. 
Patrzył na mnie szczerym wzrokiem. To właśnie mój przyjaciel. Wiem, że mogę na niego liczyć. Zawsze.
- Zayn, dam radę, tym razem niczego nie spierdolę. 
- Powodzenia. 
Dopiero teraz to poczułem - nerwy. Nie, Tomlinson weź się w garść.
- Gotowa! - Cassie zbiegła ze schodów i stanęła przy drzwiach. 
Nastąpiła w niej znacząca zmiana. Właściwie to w nas obojgu. 
Ona z nieśmiałej kujonicy przeobrażyła się w pewniejszą i silniejszą dziewczynę, ja złagodniałem. Nigdy nie myślałem, że jakaś panna będzie w stanie zawrócić mi w głowie, tak, jak Kath. Potem spotkałem, a właściwie potrąciłem Cass. Już wtedy, gdy zbierałem ją półprzytomną z chodnika, nie myślałem trzeźwo. Los wpakował ją w moje ramiona bez ostrzeżenia. 
- Pa. - rzucił Zayn patrząc na naszą dwójkę. - Bawcie się dobrze. 
Dlaczego miałem wrażenie, że coś pójdzie źle? 
Nie, wszystko jest zaplanowane. 
- Pa.
Brązowooka lekko mu odmachała i ruszyła do auta, z każdą sekundą jej uśmiech rozszerzał się.
- Jestem taka podekscytowana! - krzyknęła zapinając pasy. - Chociaż nie lubię niespodzianek.
Tak, ja też ich nie lubię. Właściwie jest mało rzeczy, które darzę sympatią. 


Byliśmy już prawie na miejscu. Krajobraz stawał się coraz bardziej znajomy, chociaż widząc minę Cassie, nie miała pojęcia gdzie jesteśmy. Nie dziwię jej się, mało która osoba zapuszcza się tak daleko, poza granice Londynu. 
- Pić mi się chce. - wydęła swoje pełne, różowe wargi, a mnie zabrakło tchu.
Pozbieraj się.
Chwyciwszy kierownicę jedynie jedną ręką, drugą szukałem butelki wody na tylnym siedzeniu. 
"Mam" -pomyślałem. 
Rzuciłem jej napój, odkręciła zielony korek i upiła łyk. 
- Ehh..-zaczęła delikatnie. - Długo jeszcze?
- Nie marudź. - warknąłem. Moje spojrzenie utknęło na dwóch wieżach z czerwonej cegły, które wystawały ponad korony drzew. Witraże w ich oknach mieniły się różnymi odcieniami tęczy, powodując niesamowite, pierwsze wrażenie. - Właściwie już jesteśmy. 
Zaparkowałem i schowałem kluczyki do kieszeni spodni. Parking nie był duży, ale oprócz mojego audi stało tu tylko srebrne volvo. Nic dziwnego, godzina nie jest odpowiednia na tłum ludzi.
- Kościół? - jej głos przepełniony był zdziwieniem. - Słuchaj, wiem, że jestem grzesznicą, ale, żeby zaciągać mnie do kościoła..
Parsknąłem śmiechem i splotłem nasze dłonie. W powietrzu unosił się przyjemny zapach ściętej trawy.
- Właściwie chciałem pokazać ci to miejsce, abyś lepiej poznała moją przeszłość.- powoli kroczyliśmy w stronę drzwi Domu Bożego.
- Byłeś księdzem?! 
- Nie..- zmiażdżyłem ją wzrokiem. - Zaraz się przekonasz. 
Wyminąwszy główny plac i kaplicę, dotarliśmy do małego ogródka na tyłach posesji. Na samym środku stała metalowa ławka, z której widoczny był niesamowity widok na miasto. Kościół stał bowiem na wzniesieniu, można było dostrzec calutką okolicę. 
- Okej. - usiadła i wlepiła we mnie wzrok. - Wyjaśnisz mi o co chodzi? 
Nie byłem w stanie nie zaśmiać się przez jej ciągle uniesioną brew. Ona chyba naprawdę myślała, że jestem księdzem!
Oparłem się o płotek złożyłem dłonie w koszyczek.
- Pamiętasz Kath? - wyraz jej twarzy zmienił się gwałtownie, widziałem na niej zazdrość, zdezorientowanie, ale też współczucie. Cholera, nienawidzę, gdy ktoś mi współczuje. 
- Tak. - odrzekła speszona i odwróciła wzrok na grządkę z czerwono-pomarańczowymi kwiatkami. - Co z nią?
- Mówiłem ci, że była moją narzeczoną.
- Louis, ja naprawdę nie rozumiem...
- To tutaj mieliśmy wziąć ślub. - wyjaśniłem pośpiesznie. 
Otwarte do tej pory usta dziewczyny gwałtownie się zamknęły. Czułem, że chciała coś powiedzieć, ale wolała przemilczeć sytuację.
- Wszystko było zaplanowane, data ślubu, goście, sukienka.- w moim gardle rosła gula, której nie byłem w stanie przełknąć. - A potem.. zdarzył się wypadek. Kath zginęła. Zostałem wdowcem jeszcze przed ślubem. 
Cassie wstała i wyciągnęła w mą stronę dłoń, natychmiast ją uścisnąłem i przyciągnąłem jej drobne ciało o krok bliżej.
- Lou... tak mi przykro. - żal w jej głosie był prawdziwy. - Podejrzewam, że to wszystko było dla ciebie okropne. Nie wiem czy dałabym radę będąc na twoim miejscu. 
 Nie, Cass.. nie możesz się nade mną litować. Przestań. Muszę mieć to z głowy.
- Cassie, bardzo cię kocham. Późno zdałem sobie z tego sprawę, ale tak właśnie jest. Prawda jest taka, że poczułem to podczas naszej przejażdżki motorem. Ostatnio o tym wszystkim myślałem, ta cała sytuacja z Simonem, gdyby coś ci się wtedy stało.. - pogłaskała mnie po policzku. - Chodzi o to, że - przeczesałem na szybko włosy i odetchnąłem głęboko. - chcę być z tobą już zawsze.
Przemyśl to, przypomnij sobie słowa Zayna.
- Ale.. - nie pozwoliłem jej dojść do głosu.  
Wsadziłem rękę do kieszeni, wyciągnąłem z niej małe pudełeczko, po czym uklęknąłem tuż przed dziewczyną. Natychmiast zbladła, cała krew odpłynęła z jej twarzy.
- Louis.
- Cassie Williams. - nasze spojrzenia spotkały się. - Wyjdziesz za mnie? 

~Cassie~

Co? Co? Co?! 
Czy on ..właśnie mi się oświadczył? Nie, na pewno źle usłyszałam. Bo to chyba niemożliwe prawda? Boże.. 
To się dzieje naprawdę! Louis Tomlinson chce bym była jego żoną! Ale czy jestem na to gotowa? Czy będę dobrą Cassie Tomlinson? 
Wdech i wydech, Cassie.
Kocham Louisa i chcę z nim być, ale to wszystko jest takie chore. 
Małżeństwo to poważny krok.
Cholera, muszę mu odpowiedzieć! 
- Ja.. - zająkałam się. - Ja.. nie wierzę, że to się dzieje, że to robisz. Jezu, oczywiście, że za ciebie wyjdę! - opadłam na kolana nie przejmując się stanem, w jakim będą wyglądać moje białe jeansy. Przytuliłam się do Louisa, który najpierw mnie pocałował, a następnie nasunął na mój palec cholernie drogi pierścionek. 
O kuźwa.
Mam narzeczonego! 
Muszę zadzwonić do Abbie, i do mamy, i do ciotki Ridley. Szlag, jestem typową kobietą. W tak ważnej dla mnie chwili jedyne o czym myślę to komunikacja z przyjaciółkami. 
Przyjrzałam się jego twarzy, na ustach spoczywał mu delikatny uśmiech, który rozszerzył się widząc moje przerażenie.


- O Boże! Nie wierzę! - pisnęła Abbie przez co musiałam odsunąć od ucha telefon. - Jakie to wspaniałe! Moja mała dziewczynka wychodzi za mąż! Ja pierdziele.
- Jeszcze nie wychodzę. - zaśmiałam się. - Louis tylko mi się oświadczył.
Abbie najwyraźniej udała, że nie słyszy mojej wypowiedzi.
- Jutro jedziemy obejrzeć suknie. Albo nie! Skołuję katalogi, tak, dużo katalogów. Ale się cieszę! Co prawda, dalej uważam, że Tomlinson to dupek, który na ciebie nie zasługuje, ale kij tam ze mną! To będzie najwspanialsze wesele na świecie!
- Kocham cię. - zaśmiałam się i spojrzałam na Louis, który uśmiechał się pod nosem. Jego też bawiła reakcja mojej przyjaciółki. - Kurczę, muszę zadzwonić jeszcze do mamy, naprawdę tego nie chcę, ale kończę.
- Kurna. - jęknęła. - No nic. Widzimy się wieczorem, kupię wino, uchlejemy się! Całuję.
Czy to normalne, że Abbie jest bardziej podekscytowana tymi oświadczynami niż ja? Zapewne nadal byłam w szoku. 
Nic dziwnego, za niedługo będę przyrzekać mu wierność przed ołtarzem. 
Może moje życie jednak nie jest takie okrutne? Przekonamy się.

___________________________________________
Nie.
To takie przykre... bo to ..nasza ostatnia niedziela (pomińmy fakt, że jest poniedziałek), dzisiaj się rozstajemy... dzisiaj się rozejdziemy.
Przyznam się, że właśnie płaczę pisząć tą notkę.. jest ona ostatnią notką na Strange (a nie, jeszcze epilog).
Wracają wszystkie wspomnienia, bo to wy byliście moimi pierwszymi czytelnikami, dawaliście pierwsze komentarze i pierwsze wyświetlenia. 
Pożegnania są okropnie trudne. 
Pamiętajcie, że pojawi się także epilog - w czwartek.
Możecie czytać też Uncivil
Ale to właśnie do tego bloga miałam sentyment. 
 Och.. nie mogę już, nie przedłużam. Kocham was, zawsze i wszędzie.
Poniżej prezentuje zwiastun do nowego opowiadania, którego premiera odbędzie się 5 maja :) 
Piszcie co o tym sądzicie! 



poniedziałek, 17 marca 2014

Rozdział 29

Ważna notka od autorki na dole
- Gdzie jedziemy? - zapytałam po raz kolejny tamtego dnia.
Razem z Louisem zjedliśmy śniadanie i na jego polecenie ruszyliśmy w drogę. Przez przednia szybę podziwiałam Londyn, który dopiero budził się do życia.
- Nie powiem ci. - powiedział obojętnym tonem, na który wydęłam usta. Jak zwykle tajemnice.
- Doigrasz się. Zadzwonię na policje i zgłoszę porwanie.
- Kotku, dobrowolnie wsiadłaś do auta. - zaśmiał się.
- Niech ci będzie.
Oparłam policzek na dłoni i nuciłam pod nosem jakąś melodie. Minął dzień od kiedy wróciłam do Louisa, dopiero pocałunek pokazał mi jak ogromna była skala mojej tęsknoty. Jak to możliwe że wytrzymałam tak długo?! Zamknęłam powieki i wróciłam pamięcią do wczorajszej nocy. Ja i on, oddaliśmy się podnieceniu i namiętności. Nasze pocałunki nie miały końca, bez przerwy tonęłam w jego objęciach.
- Jesteśmy. - uśmiechnął się cwaniacko i otworzył przede mną drzwi, opuściłam pojazd i rozejrzałam po okolicy. Staliśmy na podwórku należącym do małego domku w odcieniu ciemnego beżu. Tuz obok zaparkowany był aportowy samochód, który łudząco przypominał bmw Louisa. Okolica była spokojna, ale przyjemna.
- Kto tu mieszka?
- Ktoś bardzo mi bliski. - mocno objął mnie w pasie i wychrypiał wprost do ucha. Wzdłuż kręgosłupa przeszedł dreszcz.
- Lou! - Niska czerwonowłosa dziewczyna wyleciała z domu i rzuciła się mojemu chłopakowi na szyje, odpychając mnie tym samym Co do....
- Camilie - jego uśmiech rozszerzył się. - To jest Cassie, moja dziewczyna.
Ruda skierowała na mnie wzrok, spodziewałam się piorunów ciskających we mnie z gałek ocznych, zamiast tego ujrzałam radosne zielone tęczówki, były tak przyjazne jak u dziecka.
- Camilie. - uścisnęła moja dłoń. Byłyśmy nawet podobne, drobne, z długimi włosami i dużymi oczami.
- Cassie, milo mi cie poznać.
- Cam jest mija przyjaciółka z dzieciństwa.
Dziewczyna miała bardzo miłe spojrzenie. Od razu pomyślałam, że jest optymistką.
- Może wejdziecie do środka? - zaproponowała właścicielka domu.
- Z chęcią. - Z odpowiedzią wyprzedził mnie Louis.
Jego twarz promieniała z każdą chwilą jeszcze bardziej. Czy to ona tak na niego działa? W końcu jest jego przyjaciółką z dzieciństwa. Nic więcej. Ale czy na pewno? Kurwa! Mózgu, przestań być zazdrosny. Przecież Louis powiedział mi, że mnie kocha. Słyszałam to na własne uszy. Więc najwyższy czas bym przestała się przejmować, że coś nas może poróżnić. Kto wie, może nawet uda mi się dowiedzieć dużo więcej na temat Lou i jego przeszłości. Tak, właśnie tak masz myśleć, pozytywnie.
- Cassie? - Z rozmyślania wyrwał mnie głos mojego chłopaka.
- Tak? - Powiedziałam od razu wracając do rzeczywistości.
- Wchodzisz?
- Pewnie, przepraszam, zamyśliłam się.
Odpowiedziałam i pośpiesznym krokiem weszłam do środka.
Salon, do którego zaprowadziła nas czerwonowłosa dziewczyna był dość przestronny i skromnie urządzony. Surowe barwy bieli i czerni dominowały w prawie całym pomieszczeniu. Nigdy nie pomyślałaby, że dom tej na pozór zakręconej kobiety będzie przeciwieństwem tego co reprezentuje swoim wyglądem. Ale jak to mówią, pozory mylą .
- Co was tu w ogóle sprowadza? - Zapytała ruda.
- Hmm. Po pierwsze chciałbym ci jeszcze raz pogratulować tego, że spodziewasz się dziecka. - Więc to jednak ciąża jest powodem lekko wystającego brzucha! Nie chciałam się o to pytać i być nie miłą, bo wyszłabym na idiotkę, gdyby dziewczyna jednak nie była w ciąży. - Pamiętam, że od najmłodszych lat twoim marzeniem było mieć dziecko, a teraz twoje marzenie się spełnia! Naprawdę, jestem strasznie szczęśliwy, że ty też jesteś.
- Jesteś w ciąży? Gratuluję! - Wykrzyczałam jak głupia. Poniosły mnie trochę emocje.
- Dziękuję wam, to naprawdę miłe. - Powiedziała ciężarna dziewczyna i posłała nam przemiły uśmiech. - Może chcielibyście coś do picia? Jak już mnie odwiedziliście, to pogadamy sobie trochę, a kto lubi rozmawiać bez przekąsek i napojów? Na pewno nie ja. Więc czego byście się napili?
- Ja poproszę kawę. - Odpowiedział Lou na pytanie rudowłosej . - A ty czego byś chciała się napić Cass?
- Hmm, ja poproszę o filiżankę herbaty. - Powiedziałam dość cicho i skromnie.
- Już się robi. - Puściła nam oko i zniknęła za drzwiami (jak mniemam) prowadzącymi do kuchni.
Ohh zapowiada się długa rozmowa


***

Po 5 minutach ognistowłosa kobieta wróciła do nas z trzeba filiżankami. Dwie kawy, jedna herbata. Widać mają podobne gusty.
- Tak więc...Cassie. Opowiedz mi coś o sobie. Ile masz lat, gdzie mieszkasz, od kiedy jesteście razem? Wiem, wychodzę teraz na stalkerkę, ale taka już jestem, lubię dużo wiedzieć o ludziach.
- Dziwna jest, co nie Cass? - Powiedział Lou
- Ej noo! Nie obrażaj mnie tu, w tych czasach nikt nie jest normalny. - Oburzyła się ruda i wydęła usta.
- Dlatego prawie całe życie się przyjaźnimy co nie? Wydaje mi się...że od zawsze byliśmy przeznaczeni sobie, by się przyjaźnić. Jak to się mówi, ciągnie swój do swego.
- Ej no, takiej obrazy to nie spodziewałam się z twojej strony! Ja podobna do ciebie? Chyba zaraz się rozpłaczę. - Wszyscy zaśmialiśmy się głośno.
- To nie było zbyt miłe, wiesz? - Odpowiedział Lou jednocześnie ocierając z oka łezkę wywołaną śmiechem. - Zawsze taka byłaś, taką cie uwielbiam. Lubisz się ze mną droczyć.
- Ohh nie tylko z tobą kochany. Ale...odbiegliśmy od tematu. - Oboje odwrócili się w moją stronę. - Przecież zaczęliśmy rozmawiać o tobie, maleńka.
- Nie, nie, mnie to nie przeszkadza. Miło się na was patrzy, zachowujecie się jak rodzeństwo. - Odpowiedziałam i posłałam im łagodny uśmiech.
- Tak też się traktujemy. Louis jest jednym z najwspanialszych ludzi jakich poznała w moim życiu, masz wielkie szczęście, że to właśnie on jest twoim chłopakiem.
- Oj, już nie schlebiaj mi tak Cam.

- Jak sobie życzysz. Ale teraz naprawdę, chce się czegoś dowiedzieć o tobie Cassie.
- Co by tu opowiadać...Mam 22 lata, mieszkam wraz z moją najlepszą przyjaciółką, z Louisem znam się już od dłuższego czasu.
- Hmm dłuższego czasu powiadasz? A...robiliście już „to”? - Zapytała dziewczyna z zawadiackim uśmiechem.
O kurna. I co tu odpowiedzieć..
- Cam! Zadajesz trochę zbyt osobiste pytania, nie uważasz? - Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć , jak zwykle szybszy okazał Louis.
- Dobra już dobra. Nie krzycz. Znasz mnie przecież, wiesz że lubię się podrażnić. - Broniła się rudowłosa
- Wiem, ale przeginasz.
- Ugh! Jakiś ty nudnu. - Ruda znów wydęła usta.
Przez chwile przeszła mi przez głowę dziwna myśl. Kto w ogóle jest ojcem tego dziecka?
- Nie chcę być niegrzeczna ale...Kto jest ojcem jeśli mogę wiedzieć?
- Ahh, Derek, mój chłopak. Też nasz przyjaciel z którym znamy się od bardzo dawna.
- O właśnie! Gdzie jest Derek?
- Hmm w sumie sama chciałabym to wiedzieć – zastanowiła się dziewczyna. - Pojechał coś załatwić z rana. Powinien już dawno być.
- Może do niego zadzwoń? - Zaproponowałam
- Okey, zadzwonię.
Ciężarna dziewczyna sięgnęła po telefon i zaczęła wybierać numer jednak nim zdążyła zadzwonić, telefon sam wydał z siebie ciche brzęczenie. Momentalnie odebrała telefon.
- Halo, Derek? Gdzie jesteś?
- Kochana, przepraszam, ale mam do załatwienia jeszcze jedną ważną sprawę i trochę mi zejdzie, nie gniewaj się, proszę.
Ahh faceci. - Pomyślałam.
- Nie no, nie gniewam się, daj znać, jak będziesz wiedział już o której wrócisz, dobrze?
- Dobrze skarbie. Kocham cię.
- Ja ciebie też. - Odpowiedziała kobieta i rozłączyła się. - Powiedział, że będzie późno. W takim razie mamy cały dzień dla siebie. - Uśmiechnęła się szeroko
To będzie naprawdę dłuuugi dzień.
- A tak w ogóle, może powiecie jak wy się poznaliście?- Zapytałam z nadzieją, że uniknę dodatkowych pytań.
- Ooo, to bardzo długa i zajmująca opowieść. - Powiedział speszony Louis.
- Mamy czas. - Beznamiętnie odpowiedziałam
- A ja chętnie opowiem tą historię! - Krzyknęła uradowana Camilie. - A więc, to było daaaawno temu. Siedziałam sobie na podwórku bawiąc się jak zwykle moimi lalkami. Nie były one zbyt urodziwe, ale według mnie, miały swój urok. No więc kontynuując, podeszło do mnie kilku chłopaków zaledwie o około 2-3 lata ode mnie starszych. Zaczęli wyrywać mi lalki i mówić, że jestem tak samo brzydka jak te lalki. Zrobiło mi się strasznie przykro z tego powodu. Jak to każda dziewczynka w moim wieku zaczęłam płakać, a oni śmiali się wniebogłosy. Nagle zjawiło się dwóch chłopców, którzy mieszkali w sąsiedztwie, widziałam już ich kilka razy, ale nigdy nie odezwali się do mnie ani słowem. Wyrwali im moje lalki i krzyknęli, że żaden chłopak nie ma prawa poniżać dziewczyny, a ja, jak to oni ujęli jestem piękną dziewczynką i nie pozwolą, by ktokolwiek im zaprzeczył. Chłopcy nazywali się Louis i Zayn. Do dziś nie znam powodu, dlaczego tamci zaczęli mi dokuczać, ale jestem im bardzo wdzięczna, bo tak poznałam moją pierwszą miłość i najlepszych przyjaciół, których mam do dziś.
- To była bardzo..jak to ująć, urocza historia, naprawdę. Nigdy nie pomyślałabym, że Louis potrafi obronić osobę, której nawet nie zna. - Powiedziałam, a Louis momentalnie spojrzał na mnie i się zaczerwienił.
- Oo, nasz Louisek się zarumienił, jakie to słooodkie! - Krzyknęła i złapała go za policzki tak jak stare ciotki robią swoim bratankom.
- Ej, złaź! Słyszysz?! Puuuuszczaj mnie! - Wrzasnął Louis z nutką śmiechu w głosie.
- Naprawdę...jak rodzeństwo. - Szepnęłam pod nosem. - Jesteście tacy uroczy razem.
Nie wiem dlaczego, ale po prostu...nie zazdrościłam. Czułam i wiedziałam że to tylko jego najlepsza przyjaciółka, nic więcej. Zresztą ona była w ciąży, więc..
- Louis, właśnie. Nie musimy się już przypadkiem zbierać? - Zapytałam.
- Poczekaj sprawdzę. - Spojrzał na zegarek. - Masz racje...Przykro mi Cam, ale musimy już lecieć.
- Hmm, to przykre, dokąd się spieszycie? - Zapytała z miną małego szczeniaczka.
- Jesteśmy umówieni z przyjaciółką Cassie, Abbe.
- Ahmm, ok, ale...odwiedźcie mnie jeszcze kiedyś, chodzi o to, że nie za jakieś 2 lata, ok? - Zapytała śmiejąc się
- Masz to jak w banku. - Powiedziałam śmiało. - Tak więc...do zobaczenia Camilie. - Wyciągnęłam rękę przed siebie by się pożegnać z nowo poznaną przyjaciółką Louisa.
- Aleś ty sztywna. - Odrzuciła moją rękę i objęła mnie ramionami. - Do zobaczenia w niedalekiej przyszłości. - Uśmiechnęła się.
- Pa Cam, niedługo znów cię odwiedzimy.
- Liczę na to. - Camilie przytuliła Louisa na pożegnanie i chwilę później opuściliśmy jej dom.
- Zabawne. - Powiedziałam siedząc już w aucie.
- Co takiego jest zabawne? - Zapytał z zaciekawioną miną.
- Ciągnie swój do swego. Jednak dziwni ludzie są ci pisani od początku do końca. - Powiedziałam i oboje wybuchnęliśmy śmiechem.


                    _________________________________________

                                                  HEEJ :3
                   Tak długo to trwało bo miałam małe kłopoty. Nie będę zanudzać. Ważna informacja:   To przedostatni rozdział. Oczywiście nie licząc epilogu. Liczę na komentarze. Ogólnie to ..nie poinformowałam na tt bo nie miałam czasu :) Kocham. Xx

niedziela, 16 lutego 2014

Rozdział 28

http://www.youtube.com/watch?v=yDCAar9yArE

traallalallala...scenki dla dorosłych.


Drżącymi dłońmi zapukałam do drzwi. Każda sekunda oczekiwania była jak ostrze unoszące się nad moją szyją na cienkiej nitce, kompletne tortury. 
Raz, dwa, trzy wdechy.
Zamek ustąpił, podniosłam wzrok i napotkałam jego zmęczoną i zdziwioną twarz, na której znajdował się kilkudniowy zarost. Gorąco.
Wielokrotnie otwierałam i zamykałam usta nie wiedząc co powiedzieć.
Przełknęłam ślinę, to ta chwila, jedyna szansa na naprawienie naszych stosunków. 
- Dlaczego? - spojrzałam mu w oczy, wypełnione zaskoczeniem. - Powiedz dlaczego jesteś tak wielkim dupkiem. 
Łzy spływały po mojej twarzy, a mnie brakowało siły by je zetrzeć. 
Widziałam jak chłopak walczy sam ze sobą, zmierzwił włosy i zacisnął pięść na framudze.
- Cassie. - zaczął cicho.
- Zamknij się! Teraz ja mówię. 
Mimo, że chciałam opaść w jego ramionach, nie mogłam okazać, jak bardzo mi na nim zależy. To wszystko było cholernie trudne, nienawidziłam się za miłość do niego, nasze relacje były toksyczne, oboje to wiedzieliśmy. 
- Co ty sobie myślałeś? ze rzucę ci się pod stopy przy pierwszej lepszej okazji?! Dupek! Chory dupek! - biłam Louisa pięściami po klatce piersiowej, byłam od niego o głowę niższa co tylko ułatwiało mi wykonywanie ciosów. 
 Ignorowałam strumienie łez płynę z oczy i głośnymi szlochami, chłopak obserwował mnie z żalem wymalowanym na twarzy. 
- Boże! Nienawidzę cię! - krzyknęłam nie przerywając czynności.
- Uspokój się!
Jego palce zacisnęły się na moich nadgarstkach, docisnął me drobne ciało do ściany i naparł na nie swoim. Dzieliły nas milimetry, mój oddech automatycznie przyspieszył, a oczy zaszkliły. 
- Mówisz, że mnie nienawidzisz. - mruknął do ucha przygryzając jego płatek. - A jednak tu jesteś.
Jego oddech był spokojny i opanowany, powoli przybliżył usta do moich, byłam jak w transie.
Jednocześnie tego pragnęłam, jak i za wszelką cenę chciałam uniknąć. 
Tomlinson trzymał mnie z niesamowitą siłą.
- Mam tego dość.
- Nie płacz. - zamilkłam. - Bij mnie dalej, krzycz, klnij, ale nie płacz.
- Kocham cię Louis, ale poczucie, że dla ciebie to nic nie znaczy nie daje mi żyć. 
- Co ty pleciesz? - ułożył brwi w literę V. - Kurwa, Cassie! Kocham cię jak głupi!
- Nie wierzę ci. - podniosłam wzrok i zatrzymałam go na jego torsie, tak strasznie bałam się tej sytuacji.
Palcem wskazującym chwycił mój podróbek i uniósł do góry, w ten sposób nasze spojrzenia się spotkały. Zadrżała mi dolna warga. 
- Miałaś ten sweter na sobie tamtej nocy.
Zmarszczyłam czoło i spuściłam głowę, spod odpiętego płaszcza wystawał fioletowy materiał, o który się rozchodziło.
O.
Boże.
- Co? Ty ..ty.. to pamiętasz? 
- Oczywiście, że pamiętam. - roześmiał się nerwowo. - Wtedy się poznaliśmy. 
Złączył nasze czoła, kciukiem starł wszystkie łzy i przejechał nim po policzku. 
- Louis?
- Mhm? - mruknął z zamkniętymi oczami.
- Kochaj mnie jakby nic innego się nie liczyło. - uśmiechnął się i ujął moją talię.
- Obiecuję. 
Brutalnie wpił się w moje usta, językiem rozchylił wargi i wtargnął do środka. Rozkoszując się tą chwilę zarzuciłam mu ręce na szyję. Biło od nas wzajemne ciepło. 
Euforia we mnie buzowała, miałam wrażenie, że teraz będzie już tylko lepiej. W końcu nadszedł chwalebny dzień. 
- Całujesz lepiej niż zapemiętałam. - moja głowa znalazła swoje  miejsce w zagłębieniu jego szyi.
- To patrz teraz.
Przejechał nosem wzdłuż moich kości policzkowych, mimowolnie westchnęłam, gdy złożył mokry pocałunek na podbródku.
- Wejdźmy do środka. - otworzył drzwi. - Zapraszam.
Postawiłam pierwszy krok, Louis pochwycił mnie w ramiona i pobiegł do góry. Głośno pisnęłam, ale pozwoliłam się zanieść na piętro, wprost do jego pokoju.
Delikatnie ułożył mnie na pościeli i ściągnął swój t-shirt. 
O dobry Boże.
Podniecenie rozbłysło w jego tęczówkach, zbliżył się i usiadł na mnie okrakiem.
Mocno wpiłam mu się w usta, namiętność tego pocałunku biła na kilometr.
Nie przerywając pieszczot zsunął jego jeansy. Stał przede mną z głupkowatym uśmiechem, w samych bokserkach, eksponując pokaźne wybrzuszenie. 
Chłopak przeniósł rozgrzane wargi na mój obojczyk i kierował się niżej. Od biustu, przez brzuch,  aż do ud, które delikatnie rozszerzył.  
Westchnęłam cicho i przygryzłam wargę. 
- Śniłem o tym każdej nocy. - ściągnął moją bluzkę, rozpiął także biustonosz. 
- Louis. - wychrypiałam drżącym głosem. - Zrób to. 
Usłyszałam cichy, męski śmiech.

Językiem jeździł po twardych już sutkach, w tym czasie jęczałam cicho i wiłam się pod jego ciężarem. Nie był zadowolony z mojego ubrania, nie na długo.
Odpiął guzik moich spodni i zrzucił je z nóg, w zęby pochwycił koronowy materiał majtek i powoli ściągnął je na dół. Droczył się.
Wiłam się z podniecenia, a Louis czerpał z tego niemałą satysfakcję.
- Taka piękna. - rzekł do siebie, a ja oblałam się rumieńcem. - Uwielbiam sposób w jaki reagujesz na komplementy. - Kciukiem utworzył ścieżkę na mym policzku.
Niespodziewanie wszedł we mnie, pisnęłam i próbowałam złączyć nogi.
Louis był wyraźnie rozbawiony, poruszał się miarowo, w górę i w dół. 
Na początku sprawiało mi to ból, ale z czasem zdołałam się przyzwyczaić i czerpać korzyści. 
- Szybciej. - wyszeptałam, wodziłam dłońmi po jego plecach, jakby upewniając się, że cały jest mój. 
- Tęskniłem za tobą.
- Ja za tobą też.
Czułam, że szczyt jest już blisko.


 ___________________________________
Hej :>
Rozdział po dwóch tygodniach, ale chyba było warto, co?
Nie cierpię pisać "tych" scen, więc wychodzą mi kiepsko, wybaczcie.
Ahmm ... no tak.
Jestem zła, oj zła. 
Zacytuję anonima: "specjalnie drugi tydzień bez rozdziału"
Masz rację! To moja ulubiona rozrywka na nudne dni, wejdę i powiem "a ni chuja, znowu nie dodam, ale będą mieli miny!"
Pojebało cię? Pomyśl czasem :))))
Dziękuje za dużo propozycji książek, z czego 3/4 już czytałam XDD
Nieważne, czekam na wasze opinię.

Paa.

niedziela, 2 lutego 2014

Rozdział 27

https://www.youtube.com/watch?v=QWVc_rwm978

~Abbie~


Weszłam do domu, w którym panował niemiłosierny chłód. 
Co do diabła? 
Minęłam przedpokój, w którym zostawiłam torebkę i wparowałam do salonu.
I wtedy ją zobaczyłam. Siedziałam zwinięta w kłębek przy parapecie, jej twarz schowana była w dłoniach, a nogi podkulone pod brodę. Kasztanowe włosy powiewały na lekkim wietrze, kurwa, otwarte okno.

- Cassie! Możesz mi wytłumaczyć, co ty wyprawiasz?! Przeziębisz się! - wrzasnęłam i zatrzasnęłam szybę. 
Ciało dziewczyny zaniosło się szlochem, uniosłam brwi i delikatnie oparłam dłoń na jej ramieniu. Zero reakcji.
- Cass. Hej, co jest? - ok, teraz byłam lekko przerażona. Chwyciłam gruby koc i zarzuciłam go jej na ramiona, powoli przed nią uklękłam. - Chcesz się przytulić?
Energicznie pokiwała głową, objęłam ją i mocno do siebie przyciągnęłam.
- To przez Louis, prawda? Widziałam go dzisiaj przed szkołą.
- Tak. - odezwała się chrapliwym głosem. - Powiedział mi, że mnie kocha.
- To dobrze! Dobrze, prawda? - czy tylko ja nic nie rozumiem? Przecież właśnie o to się rozchodziło, chłopak nigdy wcześniej nie powiedział co do niej czuje.
Dlaczego więc Cassie umiera we łzach na parapecie? 
- Tyle tylko, że ja go odrzuciłam! - załkała, a moje oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. 
- Co zrobiłaś?! - wykrzyczałam. - Dlaczego?
- Bo poczułam się tak, jakby on powiedział to, tylko dlatego, żebym do niego wróciła. Nie mam pewności, że szczerze mnie kocha. 
- Dziewczyno! Gdzie ty masz mózg, bo na pewno nie tutaj - poklepałam palcem wskazujący po jej czole. - Jesteście dla siebie stworzeni, ślinisz się na samą myśl o nim. Albo ten wypadek poprzestawiał coś w twojej główce, albo jesteś szaleńczo zakochana! 
Jej wargi zacisnęły się, a oddech przystopował. Wiedziałam, że wspomina wszystkie chwile spędzone z Louisem, ich pocałunki i objęcia. 
Boże, jak ja nie rozumiem zakochanych, po co to wszystko? Po co niepotrzebnie komplikować swoje życie? 
- Abbie .. co ja mam robić? - załkała głośno. - To wszystko jest ponad moje siły. 
- Co masz zrobić? To proste, wyciągnij telefon. - chwyciłam krawędź swetra, który miała na sobie, i wyciągnęłam z niego komórkę. - Zadzwoń do niego i ..
Nagły dźwięk wydobywający się z iPhona zmusił mnie do przerwania wypowiedzi. Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na wyświetlacz. "Kim do licha jest Zayn?" - zapytałam się w myślach, aby po chwili skojarzyć fakty. Kruczoczarne włosy, czekoladowe oczy i te usta ... idealne do całowania. To ty.
Cassie najwyraźniej nie była zainteresowana połączeniem, uparcie wpatrywała się w szybę i dom sąsiadów tuż za nią. Wzruszyłam ramionami i wcisnęłam zieloną słuchawkę.
- Telefon Cassie, mówi jej przyjaciółka.
- Cześć. - jego głos wahał się między zaskoczeniem, a zdezorientowaniem. - Możesz dać mi Cass do słuchawki? - zerknęłam na jej twarz, po której na nowo płynęły łzy.
- Że tak powiem, jest chwilowo nieosiągalna, moje towarzystwo musi ci wystarczyć. - starałam się brzmieć słodko, ale i zadziornie. - Mam jej coś przekazać. 
- Więc.. przyjaciółko Cassie..
- Abbie.
- Tak, Abbie, mógłbym cię prosić, abyś przekazała jej, że Louis jest kompletnie zdezorientowany i topi swoje smutki w alkoholu. - szerzej otworzyłam oczy, odeszłam na bezpieczną odległość i odchrząknęłam.
- Och, dobrze się składa, bo Cass traci resztki godności wypłakując sobie oczy. Tak bardzo korci mnie, żeby powiedzieć "a nie mówiłam", ale nie mogę tego zrobić. Powiedz mi, dlaczego oni są tak bardzo uparci.
- Chciałbym to wiedzieć, może .. - rzekł, a po chwili kontynuował. - Może jest jakiś sposób, żeby zaradzić temperamentowi naszej małej?
- Myślę, że butelka mocnego wina i wieczór z Bridget Jones powinien wystarczyć. - chwyciłam jabłko i odgryzłam spory kawałek.
Chłopak zaśmiał się cicho, no .. nawet śmiech ma atrakcyjny. 
- Los tej dwójki jest w twoich rękach.
- Dam radę. - zakończyłam połączenie i podbiegłam do Williams.
- Kochanie. - wyszeptałam, kładąc dłoń na zimnym policzku dziewczyny. - Zapewne nie uwierzysz gdy powiem: "wszystko będzie dobrze", ale tak właśnie będzie. Obiecuję. - ucałowałam wierzch jej dłoni. - A teraz zetrzyj te łzy i chodź się przytulić smutasie.  
Podniosła się ociężale i wpadła wprost w moje ramiona. Wiedziałam, że teraz jak nigdy potrzebuje mojego towarzystwa. Musiałam być dla niej oparciem.
- Jesteś najlepszą przyjaciółką jaką mógł podarować mi los. - wyszeptała
- I wzajemnie. Wiesz, tak się składa, że zostałam zaproszona na domówkę u Aarona Fenty. Może wybierzemy się razem? Trochę się zabawisz, uciekniesz myślami od ..niego. - rzuciłam na nią wzrokiem, na jej twarzy rósł co raz większy grymas. - No dalej! Chociaż za ten jeden wieczór zamknij w szafie Cassie-domowniczkę, a wyzwól Cassie-wariatkę. 
Jeśli mam być szczerze, sama nie miałam ochoty na głupią imprezę u tego dupka, ale zależało mi poprawie jej samopoczucia. 
-Zgoda. - westchnęła i obie ruszyłyśmy do swoich pokojów. 

Zamknęłam za sobą drzwi i wolnym krokiem zbliżyłam się do szafy, wisiały w niej rozmaite sukienki, swetry i bluzy. Przyglądając się wszystkim ubraniom, po kilku minutach zdecydowałam się na krótką, czarną sukienkę i szpilki tego samego koloru. Popsikałam włosy i lakierem i dodałam lekki makijaż. Tak Byłam gotowa. 
Na uczelni mówią na mnie "Abbie imprezowiczka" lub też "Zdzira Abbie", oczywiście jeśli ktoś użyję drugiego określenia, zaraz dostaje po mordzie.
To nie moja wina, że facecie za mną szaleją, jestem zgrabną blondynką o pełnych ustach i częstą chcicą na seks. 
Ciche pukanie do drzwi wybudziło mnie z transu, w jakim byłam.
- Proszę.
- Jestem już gotowa. - Cassie zdecydowała się na czerwoną bombkę z sercowatym dekoltem, na plecach miała długie rozcięcie. 
- Ślicznie wyglądasz.
- Ty również. - puściła mi perskie oko.
Zamówiona taksówka zatrąbiła, w pośpiechy chwyciłam torebkę i razem opuściłyśmy nasze osiedle. Podróż była spokojna i raczej cicha, z radia toczyła się wolna piosenka, której szczerze mówiąc nie zauważałam, Cass poprawiała swoje włosy, a ja ze spuszczoną głową rozmyślałam nad całym życiem. Muszę oswoić się z myślą, że cała moja przyszłość właśnie się zawaliła, zmarnowałam pieniądze rodziców i kilka lat ze swojego życiorysu. Na samą myśl, że muszę przyznać się do tego rodzicom, dreszcze przechodziły mi po plecach.
Tak, wyrzucili mnie z uczelni, zamknęli wielkie wrota do mojej kariery lekarza, co oznacza, że nie pójdę w ślady rodziców. Zapewne się mnie wyrzeczom, albo co gorsza - wydziedziczą mnie. Taki obrót spraw był do przewidzenia, nie przychodziłam na zajęcia i zawalałam egzaminy, gdyby nie dotację ze strony rodziny, skończyłabym tą przygodę już wcześniej.
- Nad czym myślisz? - zapytała brunetka. - Źle się czujesz?
- Wszystko okej. - skłamałam. To właśnie ją zawiodę najbardziej, tyle razy pomagała mi się nauczyć, choć to nie jej kierunek, usprawiedliwiała moje nieobecności, kryła przed bliskimi, po prostu nie traciła nadziei, że mi się uda. Ale zawaliłam. 
- Jesteśmy na miejscu. - surowy głos taksówkarza rozbrzmiał w pojeździe. 
Zapłaciłam odpowiednią sumę, wysiadłyśmy. Dookoła dużej posiadłości porozstawiane były liczne samochody, ludzie biegali wte i wewte, krzyczeli, śpiewali i tańczyli. Kilka z nich pływało w basenie, inni byli w domu lub na balkonie. Biba roku.
- Wchodzimy. - pokazałam masywnemu ochroniarzowi zaproszenie, a on przepuścił nas obie. Zignorowałam pytające spojrzenie dziewczyny, która dziś była moją osobą towarzyszącą. - Baw się, ale najlepiej bądź niedaleko mnie. 
Pomachałam jej i ruszyłam ku stolikowi z alkoholem, chwyciłam czysty kubeczek i wlałam do niego wódkę z sokiem cytrusowym. 
- Abbie! Jak się bawisz kocico? - odezwał się za moimi plecami właściciel domu.
- Dopiero przyszłam, ale widzę, że szykuje się dobra zabawa. 
- Moje imprezy zawsze się dobre. - zalotny uśmiech przywarł do jego twarzy, a ja przewróciłam dyskretnie oczami. - Przyszłaś z kimś?
- Z Cassie, gdzieś się wałęsa.
- Cassie na imprezie? Mam się czuć zaszczycony? - zaśmiał się. - Fajnie, że ją przyprowadziłaś, gdybyś czegoś potrzebowała, na przykład mojego towarzystwa, wołaj. - puściłam mu całusa i odwróciłam głowę, aby ukryć swoje zażenowanie. "Frajer" - przeleciało mi przez myśl.

Impreza ciągła się już kilka godzin, byłam wystarczając najebana, aby nie myśleć o uczelni i wszystkich innych problemach, zamiast tego oddałam się gorączkowym tańcom z przystojnym blondynem. Cassie nie pokazywała mi się na oczy od początku imprezy. 
- Chyba się upiłam. - o wilku mowa. 
- To dobrze. - zachichotałam i podałam jej kolejnego drinka.
- Wpadłam na genialny pomysł! - próbowała przekrzyczeć muzykę, wyczekiwałam dalszego ciągu wypowiedzi, ale dziewczyna znacząco spojrzała się na mojego towarzysza.
- Znikaj. - wycedziłam zimnym tonem do jego ucha. Posłuchał i już go nie było.
- Pojadę jutro do Louisa i przyjmę jego wcześniejsze przeprosiny. 
- No i dobrze! Kto by pomyślał, że butelka tequilli zmieni twoje nastawienie. - obie się zaśmiałyśmy i upiłyśmy kolejny łyk alkoholu.
- Która godzina? - zapytała
- Po drugiej. Spadamy? - wiedziałam, że dla niej to zbyt wiele, a skoro ma jutro odwiedzić Tomlinsona, nie może mieć zbyt wielkiego kaca.
- Yep. 

***
- Cassie! Rusz dupsko! Wyrzygaj się, napij wody i jedź do Louisa!
- Nie. - ukryła twarz po poduszką, a ja westchnęłam na tyle głośno by usłyszała.
- Wczoraj sobie coś postanowiłaś, musisz jechać, tylko w ten sposób do siebie wrócicie.
- Nie krzycz! - nasze głowy pulsowały, ale nie mogłam się poddać, choćbym miałam ją odurzyć i podrzucić pod dom Tomlinsona.
- Kochasz go? Kochasz! Łykaj aspirynę i jedź, dziewczyno!
- Co jeśli jest już za późno?! - odrzekła płaczliwym tonem, głębiej zanurzyła się w pościeli i zamilkła.
- Nie przekonasz się jeśli cały dzień spędzisz w pokoju, błagam cię! Nie zmarnuj tej okazji.
Zapanowała przerażająca cisza, od tej chwili zależał los naszej dwójki. 
- Jedź. - szepnęłam i zrzuciłam z niej kołdrę.
- Okej, ale jeśli się nie uda, zabierasz mnie na wieczne wakacje.
- Stoi, a teraz ubieraj się!


_______________________________________________
Dzień Dobry :)
Nowy rozdział - co raz bliżej końca T^T
*Nie sprawdzony, pisany na szybko.
Jeśli ktoś was śledzi mnie na TT, mógł zauważyć, że dodałam pierwszy spoiler z nowego opowiadania o Harrym - Vengeful.
Jeśli chcecie, mogą pojawiać się nowe co tydzień ;D
Bynajmniej.
Jako, że jest 180 obserwatorów. 
Chcę tu widzieć masę, masę, masę komentarzy.
Ponieważ blogi z 60 obserwatorami mają po 100 komentarzy, a ja 40.
Whatever.
Lecę odsypiać bo kończą mi się ferię. ( FAK JU TUSK)
 

czwartek, 23 stycznia 2014

Rozdział 26

https://www.youtube.com/watch?v=3fars3wq2Bk


Rano kiedy się obudziłam, krople deszczu obijały się o szybę z głośnym stukotem. Czując chłodny podmuch, szczelniej opatuliłam się kołdrą i na nowo przymknęłam powieki. Stop! Cassie, nie możesz spać, budzik już dzwonił. Uczelnia czeka. Mruknęłam przeciągle i wyskoczyłam z łóżka. Wyciągnęłam z szafy czarne spodnie i workowaty sweter w kolorze rubinu, szybko je na siebie zarzuciłam, po czym obmyłam twarz i nałożyłam lekki makijaż. 
Kątem oka spojrzałam na zegarek, wiedząc, że mam jeszcze czas, opuściłam pokój. Na korytarzu paliła się jedna lampka, dzięki, której mogłam bez obaw się po nim przemieszczać. Zapukałam do czarnych drzwi znajdujących się naprzeciwko moich.
- Abbie! Wstawaj i nawet mi nie mów, że znowu nie idziesz do szkoły! Dziwię im się, że jeszcze cię nie wyrzucili! - waliłam pięścią dopóki nie odpowiedziały mi groźne pomruki. Upewniłam się, że wstała i zbiegłam na dół. Było tam jeszcze zimniej niż na górze.
Nie traciłam czasu na śniadanie, spakowałam zbożowego batonika do torby i napiłam się szklanki wody.
- Czekaj!! - usłyszałam piskliwy głos przyjaciółki, dziewczyna zeskakiwała ze schodów na jednej nodze, podczas gdy na drugą zakładała buta. - Cass, jedziemy razem.
- Jestem z ciebie dumna. - rzekłam poważnym tonem. - Bardzo, bardzo dumna.
- Miałam cudowny sen, Leoś DiCaprio tańczył dla mnie pół nagi, ale dzięki tobie - wskazała na mnie palcem - Mężczyzna mojego życia przestał tańczyć.
Zachichotałam pod nosem i rzuciłam jej kluczyki do auta.

Podróż była dość szybka, Abbie nie patyczkowała się z umiarkowaną prędkością, wymijała auta, a ja modliłam się w duchu, że policja zajmowała się innymi osobami. 
- Daję dyche, że nie pamiętają twojego imienia. - odwróciłam się w jej stronę i szybkim ruchem ręki przeczesałam włosy.
- Stoi - na jej twarzy pojawił się grymas. Skierowała w moją stronę dłoń, którą następnie uścisnęłam. Mój wzrok spoczął na małym tatuażu, tuż koło jej kciuka. Był to mały krzyżyk, z tego co opowiadała, miał być symbolem oddania i tradycji, choć wydaję mi się, że zrobiła to ku czci Demi Lovato. Abbie nie jest jej fanką, ale były dni, w których tylko piosenki Demi mogły jej pomóc. 
- Muszę się zbierać, pa. - ucałowałam jej zaróżowiały policzek i opuściłam pojazd. W tej samej sekundzie uderzył we mnie silny podmuch wiatru, zmrużyłam oczy i pobiegłam do budynku. 
Korytarz był pełen studentów, wymijałam wszystkich po kolei, co jakiś czas kiwając głową na powitanie.
Kiedy znalazłam się w sali, zajęłam swoje miejsce i wyciągnęłam gruby notatnik. 
- Moi drodzy! - nauczyciel pojawił się przy swoim biurku i klasnął w dłonie. - Czas rozpocząć zajęcia. 

***

Na nowo ubrałam się w beżowy płaszcz, z torebki wyciągnęłam telefon i wybrałam numer Abbie. Dziewczyna odebrała po trzech sygnałach.
- Skończyłaś już? - zapytałam z nadzieję w głosie, szłam właśnie przez główny korytarz.
- Mam przerwę, została mi jeszcze jedna godzina. - była wyraźnie sfrustrowana. Mimo, że nie widziałam jej twarzy, czułam, że właśnie marszczy czoło w charakterystyczny dla siebie sposób. 
- Nie martw się, pójdę na nogach. Spacer dobrze mi zrobi. - chciałam brzmieć jak najbardziej przekonująco.
Rozłączyłam się i popchnęłam szklane drzwi, wyszłam na zewnątrz, a następnie rozejrzałam się dookoła. Żadnego autobusu, żadnej taksówki, zamiast nich dobrze znane mi czarne BMW. Szlag.
Moje oczy rozszerzyły się, szybko odwróciłam wzrok i z coraz szybciej bijącym sercem zeszłam po schodach. Już nie miałam możliwości ucieczki, podniosłam dumnie głowę i stawiałam kolejne kroki w tamtą stronę. "Nie myśl o tym, idź przed siebie" - powtarzałam bezgłośnie w głowie. To przecież wcale nie musi być Louis, prawda? 
Jak na zawołanie drzwi samochodu otworzyły się, Tomlinson zmierzał w moją stronę pewnym siebie krokiem. Stanęłam jak wryta, rozważałam możliwość ucieczki.
- Cassie. - sposób w jaki wypowiedział moje imię, tak bardzo mi tego brakowało, tak bardzo. Miałam ochotę zamknąć oczy i prosić by powtarzał to w kółko i w kółko.
- Louis. - starałam się brzmieć jak najchłodniej. 
- Możemy porozmawiać? - przełknął ślinę i przejechał kciukiem po dolnej wardze. Tak bardzo chciałabym ją pocałować.  Wodził wzrokiem po całym moim ciele, zatrzymał się na chwilę na ustach, a potem powrócił do oczu. - Proszę. 
Wiedziałam ile kosztuje go wypowiedzenie tego słowa, to tak jakby okazał słabość.
Rozum mówił: "olej go, omiń i odejdź", a serce biło jak oszalałe i zawracało mi w głowie słowami: "porozmawiaj, wybacz mu"
- Niech będzie. - jego twarz przybrała wyraz, którego nie mogłam rozszyfrować. 
Ruszyliśmy do pojazdu, usiadłam na miejscu pasażera i złączyłam ze sobą zmarznięte dłonie. Dokładnie słyszałam jego głośny oddech, jemu też było zimno. Chciałam go objąć i podzielić własnym ciepłem.
- Cass.. ja .. - jąkał się. To niemożliwe. Louis Tomlinson bał się odezwać.
- Co ci się stało w wargę? - zapytałam. Warga Louisa była rozcięta i zakrwawiona w prawym kąciku. 
- Powiedzmy, że miałem małą sprzeczkę z Zaynem. 
- O czym chciałeś rozmawiać? - zmieniłam temat, Louis pojawił się tutaj bo Zayn dał mu w mordę, to takie oczywiste.
- O nas. - stanowczy ton na nowo zagościł w jego głosie. - Bo prawda jest taka, że tęsknię za tobą Cassie. Wiem, że zerwałaś ze mną, bo wziąłem udział w wyścigu, ale jeśli mam być szczery. - spojrzał na mnie jakby chcąc upewnić się, że słucham. - Nie żałuję, cieszę się, że wziąłem w nim udział. Wiesz dlaczego? Bo wiem, że teraz nic ci nie grozi.
Jego dłoń była niebezpiecznie blisko mojej, przez ułamek sekundy wydawało mi się, że chciał mnie chwycić, ale zmienił zdanie. 
- Nie wiem czego ode mnie oczekujesz Louis. 
Spuściłam wzrok, w kącikach moich oczu pojawiły się łzy, ale nie pozwoliłam im wypłynąć. 
- Daj mi skończyć. -warknął rozzłoszczony. - Cały ten czas bez ciebie był jak najgorszy koszmar. Nie jadłem, nie piłem, karałem się. Dopiero Zayn przemówił mi do rozsądku. - wskazał na swoją ranę. - Przyjechałem tu by cię odzyskać.
- Louis ..
- Cassie, proszę.
- O co mnie prosisz?! Czy ty się słyszysz?! - rzuciłam dłońmi w geście irytacji, smutek ustąpił miejscu złości. 
- Wróć do mnie! - on też tracił cierpliwość, zmarszczył czoło i zacisnął szczękę.
- Dlaczego?! Dlaczego mam do ciebie wrócić!
Cisza. Chłopak nie odpowiedział, po prostu nie miał dobrego powodu, a ja odwagi by zacząć to wszystko na nowo.
- Tak coś czuł..
- Bo cię kocham do jasnej cholery! - przerwał mi, odwrócił się w moją stronę i krzyknął. Słowa odbiły się echem w mojej podświadomości. On mnie  k o c h a.
Poczułam jak drżą mi ręce. - Bo cię kocham, Cass.
W końcu odzyskałam mowę.
- Trochę już na to za późno, Louis. - ściszyłam głos do szeptu, dwie duże łzy spłynęły po moich policzkach. Otworzyłam drzwi i wybiegłam z auta zanim rozpłakałam się do reszty. Nie odwróciłam się w stronę jego samochodu, ale wiem, że stał tam i mnie obserwował. Objęłam się w talii i ruszyłam przed siebie.

~Louis~

- Trochę na to za późno, Louis. - usłyszałem jej cichy głosik, który rozerwał moje serce na kawałki. Teraz wiem, jak bardzo ją zraniłem. Nigdy wcześniej jej tego nie powiedziałem. Nim się spostrzegłem, Cassie wybiegła z samochodu i zapłakana ruszyła przez park. 
Uderzyłem pięściami w kierownicę i przeklnąłem przy tym siarczyście. 
Właśnie ją straciłem. 
- Kurwa, Tomlinson, ale z ciebie palant! - potarłem dłonią kark i zmierzwiłem włosy.
Odpaliłem silnik i odjechałem spod budynku szkoły. 

_________________________________________
Heej ^^
Rozdział niesprawdzony, krótki i wgl fatalny, bo pisany na szybko.
Czekam, na masę komentarzy, które cholernie motywują do pisania.
Kocham was <3 całuski.